Dla Edwarda Brooke’a Północ pulsowała obietnicą. Brooke po raz pierwszy postawił stopę w Nowej Anglii podczas II wojny światowej, kiedy jego pułk wojskowy szkolił się w Massachusetts. Pochodził z Waszyngtonu, D.C., a Waszyngton był miastem Jima Crowa. Po zakończeniu wojny Brooke przeniósł się do Bostonu i zapisał się na studia prawnicze. Po raz pierwszy w życiu zagłosował. I zrobił o wiele więcej. W 1962 roku Brooke został wybrany na stanowego prokuratora generalnego, a cztery lata później wygrał wybory do Senatu Stanów Zjednoczonych. Brooke osiągnął to wszystko w stanie, który był w 97 procentach biały. To, co stanowiło polityczną rzeczywistość w Massachusetts – Afroamerykanin zdobywający milion białych głosów – było czymś w rodzaju halucynacji poniżej linii Mason-Dixon.

W tym samym czasie otwarty sekret prześladował północne stany Ameryki. Gdy naród patrzył na opór białych z Południa wobec ruchu praw obywatelskich – na Klansmanów i demagogów, psy szturmowe i poganiacze bydła – wielu cofało się z przerażeniem. Mieszkańcy Północy wmawiali sobie, że takie sceny pochodzą z zacofanego kraju, umierającego regionu, miejsca oddzielonego. Jednak szerząca się segregacja w miastach całego kraju sprawiła, że nierówność rasowa stała się bardziej cechą narodową niż południową aberracją. Kiedy podczas i po drugiej wojnie światowej czarni migranci płynęli na północ, James Baldwin stwierdził, że „nie uciekają przed Jim Crow: napotykają jedynie inną, nie mniej śmiercionośną odmianę”. Przenieśli się nie do Nowego Jorku, ale do Harlemu i Bedford-Stuyvesant; nie do Chicago, ale na South Side; nie do Bostonu, ale do Lower Roxbury.

Reklama:

Here były dwie strony do wyścigu w Northeast, ucieleśnione w sukcesie politycznym Brooke’a i w opowieści przestrogi Baldwina. Miasta północnego wschodu były jednocześnie latarniami międzyrasowej demokracji i twierdzami segregacji rasowej.

Obydwie historie – pozornie sprzeczne historie – rozwijały się obok siebie, w tych samych momentach, w tych samych miejscach. Czarne dzielnice zlepiły się w latach po II wojnie światowej, gdy w miastach północnego wschodu mnożyły się szkoły oparte na segregacji. Liczba czarnych mieszkańców Północy żyjących w ubóstwie i przebywających za kratkami będzie nadal rosła. A jednak w tych miastach i stanach narodziły się ruchy na rzecz równości rasowej. Afroamerykanie osiągnęli postępy w wyborach, na salach sądowych i na arenach kulturalnych regionu, jak również.

Te dwie historie rzadko są opowiadane razem. Północ jako kraina wolności ma moc w powszechnym mniemaniu. Kiedy idea „północnej historii” trafia do publicznej świadomości, często wiąże się z rewolucją amerykańską lub wojną secesyjną. To był dom Minutemenów, prawych abolicjonistów i szlachetnej armii Unii. W wielu szkołach nadal uczy się o niewolnictwie i segregacji jako o grzechach typowych dla Południa. A Północ nadal pławi się w swoim oświeconym blasku. Podróżując z Bostonu do Nowego Jorku, można zobaczyć Harvard i Broadway, wysoką kulturę i wysokie ideały. Północne stany to stany niebieskie; napędzają one amerykański liberalizm i zapewniły pierwszemu czarnoskóremu prezydentowi największy margines zwycięstwa. Dla wielu Amerykanów Północ pozostaje wyższym miejscem.

Reklama:

Dla uczonych jednak, Północ jako kraina wolności stała się słomianym człowiekiem. Żaden refleksyjny historyk już w to nie wierzy. Uczeni skupili się na ciemnej stronie Północy. Pokazali głębokie korzenie niewolnictwa w Nowej Anglii i Nowym Jorku. Historie dwudziestowiecznej Ameryki ujawniają krwawe ślady przemocy na tle rasowym na Północy i jej oszałamiająco posegregowany krajobraz zamożnych białych przedmieść i nędznych brązowych miast. W najnowszych pracach historycznych Północ i Południe wyłaniają się jako surowe rasowe odpowiedniki: Południe miało Missisipi; Północ miała bostoński kryzys autobusowy. Jeśli postępowa strona Północy pojawia się w tych historiach, jest przedstawiana jako retoryczna maska, która ukrywa rzeczywistość rasizmu.

Prawda jest taka, że obie historie są prawdziwe i współistniały – aczkolwiek niespokojnie. Ten rodzaj prawdy może być trudny do przyswojenia. Nie pasuje do portretu amerykańskiej historii jako opowieści o wolności. Nie pasuje też do rozumienia Ameryki jako historii ucisku. Większa opowieść splata razem te zwalczające się wątki – jest to historia godna narodu, który szczyci się afroamerykańskim prezydentem, a także oszałamiającą nierównością rasową i ekonomiczną.

Północny Wschód był i pozostaje najbardziej amerykańskim z regionów. Nie dzieje się tak dlatego, że jest to błyszczący model wolności i demokracji. Dzieje się tak dlatego, że północny wschód przez długi czas skupiał w jednym sercu autentyczne ruchy na rzecz demokracji rasowej i segregacji rasowej. Północny Wschód najlepiej oświetla konflikt, który stoi w centrum amerykańskich stosunków rasowych.

Reklama:

* * *

Na Północy istnieje mistyka przeszłości, która nadal wpływa na teraźniejszość. Jest to zestaw idei i ideałów, kompleks kulturowy, który współdziała z rzeczy polityki wyborczej, polityki publicznej, miejskich i podmiejskich krajobrazów i struktur nierówności. Podczas drugiej wojny światowej i po niej ta regionalna mistyka była najsilniejsza w korytarzu od Bostonu do Brooklynu. W tym samym okresie napotka najcięższe wyzwanie – wyzwanie rzucone przez miliony czarnych migrantów z Południa oraz przez rodzącą się rewolucję praw obywatelskich.

Reklama:

Jak wielu północnych widział to, ich region stał nie jako ucieleśnienie bolesnego pojedynku między dwoma amerykańskimi tradycjami. Zamiast tego, walczyli szlachetnie po jednej stronie tej bitwy. Wyjątkowy duch północnego wschodu wyrósł z wybiórczej interpretacji przeszłości: w tej historii pojawili się Pielgrzymi, którzy szukali wolności na wybrzeżach Nowego Świata, oraz Purytanie. John Winthrop, przywódca purytan, słynnie oświadczył: „Będziemy jak miasto na wzgórzu, oczy wszystkich ludzi zwrócone są na nas”. Obywatele Connecticut zobowiązali się do przestrzegania kluczowych zasad demokracji w pierwszej spisanej konstytucji. I podczas gdy osadnicy z Nowej Anglii wytyczali drogę ku jednej wizji amerykańskiej wolności, nowojorczycy byli pionierami międzykulturowego pluralizmu. Według historyków Fredericka Bindera i Davida Reimersa, Nowy Jork od samego początku tworzył „klimat harmonii międzyetnicznej”.

Boston i Nowy Jork stały się de facto stolicami narodu. Dla sędziego Sądu Najwyższego Olivera Wendella Holmesa, Boston był „centrum wszechświata”. E.B. White, pisarz i eseista, zauważył, że Nowy Jork „jest dla narodu tym, czym biała iglica kościoła jest dla wsi – widocznym symbolem aspiracji i wiary, białym pióropuszem mówiącym, że droga wiedzie w górę”. Północny Wschód, jako miejsce początków Wojny Rewolucyjnej, stał się również znany jako miejsce narodzin amerykańskiej wolności. Nie chodzi o to, że niewolnictwo ominęło północny wschód, ale o to, że umarło tam na dziesiątki lat przed wojną secesyjną. Kiedy wojna wybuchła, mieszkańcy północno-wschodniego wybrzeża stanęli do walki z niewolniczym Południem. Po wojnie secesyjnej nowo uwolnieni niewolnicy polegali na północnych członkach Kongresu – radykalnych republikanach, którzy realizowali „niedokończoną rewolucję” znaną jako Rekonstrukcja.

Ta opowieść o przeszłości Północnego Wschodu królowała w regionalnej wyobraźni. Akcentowała przygodnego ducha purytanów i umniejszała stopień, w jakim wykluczali oni wszystkich, którzy wierzyli w inne wyznania. Z trudem przyjmowała do wiadomości prześladowania rdzennych Amerykanów przez osadników, centralne miejsce niewolnictwa afrykańskiego w wielu północnych miastach, epizody brutalnej przemocy na tle rasowym, takie jak nowojorskie Draft Riots, czy fakt, że prawo Jima Crowa miało swój początek w Massachusetts. W zbiorowej historii regionu narracja o wolności nie miała w sobie miejsca na te mniej pikantne realia.

Reklama:

Northeasterners z różnych pasków znaleźli zastosowania dla wzniosłej wersji historii regionalnej. W połowie XX wieku, mistyka pomogła określić, jak północni ludzie będą zmagać się z burzliwą teraźniejszością. Mistyka informowała o oczekiwaniach Afroamerykanów, podnosząc ich nadzieje na równość i pogłębiając frustrację, gdy te nadzieje się nie spełniły. Nawet gdy retoryka o wolności brzmiała pusto, czarni z Północy mogli zawstydzić białych przywódców za to, że nie udało im się urzeczywistnić tej wersji historii. Afroamerykanie w ten sposób odsłonili lukę między nieustannym językiem wolności a nierównościami, które definiowały północne życie.

To nie było nic szczególnie nowego w Ameryce – białe objęcie wolności jedną ręką i zaciśnięcie liny drugą. Ale w dekadach po II wojnie światowej nabrało to innego, pilnego charakteru. Ruch praw obywatelskich ujawnił ogrom przepaści, jaka dzieliła ideały Ameryki od jej praktyki. Martin Luther King Jr. określił to jako wyraźnie amerykańską patologię, zakorzenioną głęboko w historii. „Od czasu Deklaracji Niepodległości, Ameryka przejawiała schizofreniczną osobowość w kwestii rasy” – pisał King. „Była rozdarta pomiędzy jaźniami – jaźnią, w której z dumą wyznawała demokrację i jaźnią, w której ze smutkiem praktykowała antytezę demokracji”. Ta amerykańska schizofrenia objawiła się najsilniej na północnym wschodzie. Żaden region nie wyznawał demokracji z większą dumą niż ten. A na Północnym Wschodzie walka między demokracją rasową a jej antytezą rzeczywiście wydawała się uczciwą walką – przynajmniej przez pewien czas.

Wypowiedz frazę „Południe” i wchłoń obrazy, które ona przywołuje: plantacje i portyki, białe karki spalone na czerwono przez słońce, czarne plecy bite na surowo. Historia Południa wypełniona jest niezwykłymi obrazami rasizmu. Obsada postaci rozciąga się od antycznych właścicieli niewolników po zakapturzonych Klansmenów. „Południe” niesie ze sobą ustalone znaczenie w amerykańskim umyśle.

Reklama:

W przeciwieństwie do tego, wrażenia Amerykanów na temat Północy są o wiele bardziej rozproszone. To sprawia, że o Północy zarówno łatwiej, jak i trudniej myśleć, pisać i spierać się niż o Południu. Istnieje możliwość zdefiniowania „Północy” i nadania jej historii, a jednocześnie niewiele wcześniejszych definicji, z którymi można się skonfrontować.

Dwudziestopierwszowieczne mapy polityczne malują regiony na czerwono i niebiesko, oznaczając dwa światy w stanie wojny wewnątrz jednej narodowej duszy. Dla wielu ludzi z Północy Południe wciąż czuje się obce – naznaczone przez swoją politykę, kulturę, stosunki rasowe, a nawet pogodę i jedzenie. Z kolei wielu południowców trzyma się kurczowo swojej regionalnej tożsamości, odgradzając się od elitarnych liberałów z północy. Porównania nieuchronnie zaczynają się od najważniejszych punktów odniesienia: Unia kontra Konfederacja, śnieg kontra słońce, liście Nowej Anglii zestawione z magnoliami Missisipi, syrop klonowy z Vermontu i ciasto pekanowe z Georgii. Południowcy, w twangach lub drawlsach, wciąż chwalą się łatwiejszym rytmem życia i wolniejszym tempem. Północni, poprzez twarde akcenty Bostonu lub szorstkie kadencje Brooklynu, nadal myślą o swoich okolicach jako o centrum wszechświata; Południe stoi jako wsteczne lub niezrozumiałe lub oba.

Przez wieki Północ była definiowana jako wszystko to, czym Południe nie było. Historyk James Cobb twierdzi: „Nie tylko Północ była wszędzie tam, gdzie nie było Południa, ale w swoim względnym dostatku i domniemanym rasowym oświeceniu, od dawna wydawało się, że jest wszystkim, czym zubożałe i zacofane Południe również nie było.” Postrzeganie zaczęło się zmieniać pod koniec lat 60. Afroamerykanie zmusili południowych białych do zakopania swoich znaków Jim Crow; budynki płonęły w północnych miastach; brzydkie twarze oporu wobec integracji pojawiły się w Chicago, Nowym Jorku i Bostonie.

Południowi dziennikarze ścigali się, by wygłosić eulogię Dixie. Twierdzili, że problemy Południa stały się podobne do innych w całej Ameryce; nierówności czaiły się teraz raczej w strukturze społeczeństwa niż w literze prawa. Według Harry’ego Ashmore’a, wieloletniego redaktora Arkansas Gazette, „problem rasowy nie jest już wyłączną, a nawet podstawową własnością Południa”. Najważniejsza różnica między Północą a Południem zniknęła.

Reklama:

Przez lata sześćdziesiąte, uczeni, jak również liderzy praw obywatelskich zakwestionowali rasowe znaczenie linii Masona-Dixona. W 1961 roku historyk Leon Litwack otworzył „North of Slavery” z przenikliwą obserwacją: linia Masona-Dixona „jest wygodnym, ale często mylącym podziałem geograficznym”. Malcolm X stanął przed publicznością w Harlemie w 1964 roku i oświadczył: „Ameryka to Missisipi. Nie ma czegoś takiego jak linia Masona-Dixona – to jest Ameryka. Nie ma czegoś takiego jak Południe – to jest Ameryka. . . . Błędem, który popełniamy my i wy, jest pozwolenie tym północnym ćpunom na przeniesienie ciężaru na południowych ćpunów”. Retoryka Malcolma była bardziej ognista, ale jego przesłanie było takie samo.

W książce z 1964 roku historyk Howard Zinn twierdził, że Południe tylko wydestylowało narodową esencję do jej najczystszej formy. Dixie było Ameryką w jej najbardziej surowym wydaniu. Jeśli reszta kraju przez długi czas starała się ukryć lub odrzucić rasowe plamy na całym swoim obliczu, to Południe, wskakując na pierwsze strony gazet w latach 60-tych, działało jak lustro, które pokazywało Ameryce jej niedoskonałości. Zinn wymienił szereg stereotypowo południowych cech – rasizm, prowincjonalizm, konserwatyzm, przemoc i militaryzm – które w rzeczywistości były podstawowymi cechami amerykańskimi. „Południe … po prostu wzięło narodowe geny i zrobiło z nimi najwięcej. . . . Te same cechy, które przez długi czas przypisywano Południu jako szczególne posiadanie, są w rzeczywistości cechami amerykańskimi, a naród reaguje emocjonalnie na Południe właśnie dlatego, że podświadomie rozpoznaje tam siebie.” Zinn zatytułował swoją książkę The Southern Mystique.

* * *

W badaniach nad ruchem praw obywatelskich klasyczny portret utrzymywał, że regiony były naznaczone przez swoją odmienność. Południe miało Jim Crow, a Północ rzekomo nie. Najwyraźniej ta perspektywa wymagała rewizji. Ale niektóre z najnowszych badań grożą zastąpieniem tego starego, łatwego argumentu nowym. Uczeni podkreślają teraz najbardziej rażące przykłady północnego rasizmu. Jednak te skrajne przypadki mówią nam mniej o całości. Ponadto takie badania bagatelizują fakt, że Południe miało całkowicie białą politykę, własną etykietę rasową i wyjątkową historię społeczeństw niewolniczych, secesji i linczów.

Reklama:

Na Południu lat sześćdziesiątych „jeden gest mógł wysadzić miasto w powietrze”. Tak napisał James Baldwin. Południowy czarny mężczyzna nie mógł już spojrzeć białej kobiecie w oczy, niż mógł pić z fontanny „tylko dla białych”; nie mógł prędzej pominąć „proszę pani” na końcu zdania, niż mógł reprezentować swój stan w Senacie Stanów Zjednoczonych. Jak zauważył Baldwin, najważniejsza różnica regionalna nie tkwiła w podstawowych postawach rasowych. Różnica polegała na tym, że „nigdy nie było koniecznością Północy, aby zbudować cały sposób życia na legendzie o niższości Murzyna.”

W obliczu dusznej atmosfery na Południu, tylko trochę miejsca na wydech mogło znaczyć świat. Lewis Steel był adwokatem NAACP. Pochodzący z Nowego Jorku, pracował nad pozwami o segregację w szkołach na Północy. Nie miał żadnych złudzeń co do rasizmu, który trawił północne miasta. Steel niejednokrotnie podróżował też na głębokie Południe. Był w Baton Rouge, w Luizjanie, w 1964 roku, kiedy James Chaney, Michael Schwerner i Andrew Goodman zaginęli w Mississippi. Zdawał sobie sprawę, że praca dla NAACP na głębokim Południu to narażanie własnego życia. Północ działała jak wentyl bezpieczeństwa. „Gdy tylko wsiadłem do samolotu” z powrotem do Nowego Jorku, „mogłem oddychać” – powiedział Steel. „Oni nigdy nie mogli oddychać.” Na Północy „byłem bezpieczniejszy. Nie ma co do tego wątpliwości. Mogłem spać w hotelu. Nie martwiłem się, że ktoś włamie się do mojego pokoju i mnie zabije”. To była wyraźna przewaga, jaką Steel miał nad swoimi południowymi braćmi.

W tym kontekście samo istnienie Północy było ważne. Jackie Robinson, Ed Brooke, Shirley Chisholm i Robert Carter z NAACP – wszyscy oni byli kluczowymi przypomnieniami, że naród Jima Crowa wciąż zawierał jakieś poczucie obietnicy.

Afroamerykanie, którzy wyemigrowali z Południa, wyostrzyli te regionalne różnice. Nie udało im się całkowicie uciec od Jima Crowa, ale wielu z nich wciąż czuło, że się przehandlowało. Robert Williams, który wyjechał z Georgii do Nowego Jorku, był wśród milionów wykorzenionych. Jego zdaniem najważniejsze było „czuć się jak człowiek. Nie możesz tego zrobić na Południu, oni po prostu ci na to nie pozwolą”. Północne miasta odpowiedziały na niektóre z ich modlitw. Inny migrant powiedział reporterowi w 1956 roku: „Wolałbym być latarnią w Nowym Jorku niż burmistrzem miasta w Alabamie”. Pisarz dla The New Yorker ujął to później w ten sposób: Czarni migranci wymienili „nienazwane horrory” południowego życia na „przyziemne upokorzenia” ich nowej ziemi.

Reklama:

Dla powieściopisarza Ralpha Ellisona, podróż na Północ wymusiła cenę. „W stosunku do ich południowego pochodzenia, historia kultury Murzynów na Północy czyta się jak legendę jakiegoś tragicznego ludu z mitologii, ludu, który dążył do ucieczki z własnej nieszczęśliwej ojczyzny do pozornego spokoju odległej góry.” Uciekinierzy „popełnili jakiś fatalny błąd w ocenie i wpadli w wielką przepaść labiryntowych przejść, które obiecują, że zawsze będą prowadzić na górę, ale kończą się zawsze pod ścianą”. Zamienili rasowe piekło Południa na syzyfową bezsensowność Północy. Ale Ellisonowi chodziło o to, że „nie chodzi o to, że Murzynowi jest gorzej na Północy niż na Południu”. Bo tak nie było. Chodziło o to, że na Północy stali się uchodźcami. Dla Ellisona Południe pozostawało wyjątkowe ze względu na skarby czarnej kultury, które posiadało. Południe zawsze kusiło jako ojczyzna dla Afroamerykanów, na przemian ujmująca i bolesna.

Zdolność Afroamerykanów do osiągnięcia równości zbyt często zależała od białych mieszkańców Północy. Biali często pomagali w dokonywaniu przełomów rasowych w sferach, które można nazwać „symbolicznymi” – na boiskach baseballowych, w programach humanitarnych, w prawie stanowym i w polityce wyborczej. Ale nierówności ekonomiczne i segregacja przestrzenna pogłębiały się z dnia na dzień. Mimo to „symboliczne” postępy miały realną wartość. Pomogły ukształtować samą tkankę północnego społeczeństwa. A w kwestii tego, co było możliwe na Północy, zbudowały wysoki sufit.

Biali mieszkańcy Północy byli niejednorodną grupą – podzieloną przez klasę, religię, pochodzenie etniczne i narodowość. W Massachusetts rywalizacja między biednymi irlandzkimi katolikami a zamożnymi jankeskimi protestantami była równie ważna jak linia oddzielająca białych od czarnych. W Nowym Jorku mieszkało znacznie więcej Żydów niż gdziekolwiek indziej w Ameryce, co pomogło wyróżnić kulturę i politykę tego miasta. W Brooklynie i Bostonie, ktoś był Irlandczykiem, Włochem lub Żydem tak samo jak „biały”.”

Jednak pojawiły się ważne uogólnienia. Wśród białych istniała zaskakująca zgodność co do rasy. Liberalni liderzy i zwolennicy białego sprzeciwu wierzyli, że ich region był bastionem tolerancji rasowej. Louise Day Hicks przewodziła białemu oporowi przeciwko integracji szkolnej w Bostonie. Równocześnie była orędowniczką oświecenia swojego miasta. „Ważne jest to, że wiem, że nie jestem bigoteryjna” – powiedziała Hicks. „Dla mnie to słowo oznacza cały ten okropny południowy segregacyjny biznes Jim Crow, który zawsze mnie szokował i buntował”. Z tego samego powodu wielu liberałów blednie na widok otwartych mieszkań i integracji szkolnej. Rasowych konserwatystów i postępowców dzieliła rozległa płaszczyzna pośrednia. Mogli zgodzić się, że byli bardziej zaawansowani niż południowcy, że Afroamerykanie mogą wznieść się wysoko na Północy, i że Afroamerykanie nie powinni ani przeprowadzać się obok, ani zapisywać swoich dzieci do szkół dla większości białych.

Gunnar Myrdal zbadał tę pozorną sprzeczność w swojej rozprawie z 1944 roku, Amerykański dylemat. Myrdal był szwedzkim uczonym, który przeprowadził jedno z wielkich badań amerykańskich stosunków rasowych. Zauważył on, że wśród białych mieszkańców Północy „prawie wszyscy są przeciwni dyskryminacji w ogóle, ale jednocześnie prawie wszyscy praktykują dyskryminację w swoich osobistych sprawach”. Kiedy równość rasowa pozostawała kwestią zasad, biali byli jak najbardziej za. Ale wykazywali uprzedzenia, gdy integracja groziła im naruszeniem życia codziennego. „Zwykły Amerykanin podąża za wyższymi ideałami i jest bardziej odpowiedzialnym demokratą, kiedy głosuje jako obywatel … niż kiedy po prostu żyje swoim własnym życiem jako anonimowa jednostka”. Myrdal był zaskoczony, że mieszkańcy Północy nie próbowali pozbawić czarnych prawa wyborczego. W sferze polityki i wyborów biali mieszkańcy Północy faktycznie żyli zgodnie z „amerykańskim credo”.

Przez dekady klej trzymał sprzeczne uczucia razem. Większość białych mieszkańców Północy zgadzała się, że ich społeczeństwo powinno być bezbarwne. To pozwalało im na oddawanie głosów na czarnych przywódców. W tym samym czasie, nawet gdy urzędnicy miejscy przewodniczyli segregowanym systemom szkolnym, urzędnicy ci twierdzili, że nie dokonywali segregacji – ponieważ uważali się za kolorowo ślepych.

Choć takie roszczenia do ślepoty kolorystycznej często okazywały się puste, przedstawiały one otwarcie, które Afroamerykanie mogli wykorzystać. To było to, co uczyniło rasizm białych północnych tak różne: były ogromne dziury między ich wyznawanych ideałów i ich praktyk, i Afroamerykanie mogą wysadzić te dziury szeroko otwarte. Luka między białymi liberalnymi tęsknotami a segregacyjną rzeczywistością pozostawiała miejsce – małe, ale znaczące miejsce – na postęp rasowy.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.